
Byłem niedawno w Muzeum Narodowym na Zamku w Lublinie. Na wystawie archeologicznej zatrzymałem się przy części poświęconej dawnym pochówkom. Groby szkieletowe i ciałopalne, urny, ochra, przedmioty pozostawiane przy zmarłych, różne sposoby układania ciała i oznaczania miejsca pochówku. Oglądałem rzeczy, które dla archeologa są świadectwem dawnych kultur, ale ja patrzyłem na nie również z perspektywy mistrza ceremonii pożegnań.
W pewnym momencie uświadomiłem sobie rzecz oczywistą, której na co dzień właściwie nie zauważamy. Ludzie żyjący na ziemiach dzisiejszej Polski umierali, grzebali swoich bliskich i tworzyli związane z tym obrzędy na tysiące lat przed chrystianizacją tych terenów. Chrześcijaństwo nie przyniosło ludziom potrzeby pożegnania. Zastało istniejące od dawna praktyki i nadało im własny język, symbole i liturgię.
Dzisiaj, po ponad tysiącu lat obecności chrześcijaństwa w Polsce, łatwo odwrócić tę kolejność. Pogrzeb tak mocno kojarzy nam się z księdzem, modlitwą i religijnym obrzędem, że ceremonia bez nich może wydawać się czymś niepełnym. Tymczasem najpierw był człowiek, jego odejście i potrzeba odpowiedzi ze strony tych, którzy zostali. Religijna forma pojawiła się później.
Grób jako ślad człowieczeństwa
Mam w pamięci ze studiów filozoficznych, z książek antropologicznych i z lektur sprzed wielu lat myśl, że gdzieś w zwyczaju grzebania zmarłych można szukać początków czegoś niezwykle ważnego dla człowieka. Użyłbym tutaj słowa „humanizm”, ale nie w znaczeniu epoki, nurtu filozoficznego czy ideologii. Myślę raczej o humanitas – o człowieczeństwie, o stawaniu się człowiekiem w znaczeniu kulturowym i symbolicznym.
Nie da się wskazać jednego momentu i powiedzieć: tutaj narodził się humanizm. Reakcje na zmarłych nie są też wyłącznie domeną Homo sapiens, a celowe pochówki przypisuje się również neandertalczykom. Mimo to sam zwyczaj grzebania zmarłych mówi o czymś ważnym: człowiek, którego już nie ma, nadal pozostaje dla innych kimś. Żyjący poświęcają mu czas, przygotowują miejsce, układają ciało, pozostawiają przedmioty, wracają do miejsc pochówku.
Właśnie to wydaje mi się niezwykle ludzkie. Fizyczna obecność się kończy, ale nie kończy się znaczenie tej osoby dla innych. Pozostaje pamięć, relacja, miejsce i opowieść. Być może właśnie w tym można zobaczyć jeden z najstarszych śladów człowieczeństwa rozumianego jako humanitas.

Nie wiemy, w co wierzyli
Archeologia pokazuje nam przede wszystkim, co ludzie robili, znacznie gorzej odpowiada na pytanie, co wtedy myśleli. Grób, określone ułożenie ciała, ochra czy przedmioty pozostawione przy zmarłym świadczą o intencjonalnym działaniu, ale nie pozwalają jednoznacznie stwierdzić, czy ludzie ci wierzyli w duszę, życie po śmierci albo konkretne bóstwa.
Dlatego nie da się uczciwie powiedzieć, że grzebanie zmarłych jest starsze niż religia. Można natomiast powiedzieć, że troska o zmarłych i nadawanie pochówkowi znaczenia są znacznie starsze od religii instytucjonalnych, liturgii i tradycji, które znamy dzisiaj. To ważne, bo potrzeba odpowiedzi na odejście drugiego człowieka nie jest własnością żadnej jednej religii.
W Polsce łatwo o tym zapomnieć. Przez wieki religijna oprawa narodzin, ślubu i pogrzebu stała się czymś tak oczywistym, że sam obrzęd zaczęliśmy traktować jak coś należącego do religii. A przecież ludzie żegnali swoich bliskich na długo przed pojawieniem się chrześcijaństwa na tych ziemiach.
Humanitas i pamięć o zmarłych
To, co zobaczyłem w Lublinie, uruchomiło we mnie myśl, że sposób traktowania zmarłych mówi coś bardzo istotnego o samym człowieczeństwie. Dopiero później, szukając źródeł do tego przemyślenia, trafiłem na Giambattistę Vica, który wiązał grzebanie zmarłych z powstawaniem świata ludzkiego i zestawiał humanitas z humando – grzebaniem. Nie traktuję tego jako dowodu etymologicznego, ale jako ciekawą filozoficzną zbieżność z intuicją, która pojawiła mi się podczas oglądania wystawy.
Podobny trop znalazłem u Roberta Pogue’a Harrisona w The Dominion of the Dead. Pisze on o tym, jak relacja żyjących ze zmarłymi buduje pamięć, ciągłość i poczucie przeszłości. I właśnie to wróciło do mnie przed muzealnymi gablotami. Nie znam imion ludzi, których szczątki oglądałem, nie wiem, jacy byli ani co mówili. Wiem jednak, że ktoś ich pochował, oznaczył miejsce, czasem pozostawił przy nich przedmiot. Po tysiącach lat nadal widać ślad tego, że dla kogoś byli ważni.
Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej interesowało mnie jednak nie tylko to, skąd wzięła się potrzeba pożegnania, ale też co stało się z nią później – kiedy ludzki gest zaczął zmieniać się w uporządkowany obrzęd.

Kto właściwie wie, jak trzeba?
Zawsze zastanawiało mnie, skąd wiadomo, że ksiądz wykonuje rytuał dokładnie tak, jak chce tego Bóg. Kto ustalił właściwą kolejność słów, gestów i czynności? Skąd pewność, że właśnie tak należy stanąć, właśnie to powiedzieć i właśnie wtedy zamilknąć? Im bardziej rytuał staje się uporządkowany i nienaruszalny, tym łatwiej pojawia się ktoś, kto twierdzi, że wie, jak trzeba.
Nie mam problemu z samym rytuałem. Potrafi pomagać, porządkować trudny moment i dawać ludziom poczucie bezpieczeństwa. Problem zaczyna się wtedy, gdy rytuał przestaje służyć człowiekowi, a człowiek zaczyna służyć rytuałowi. Im bardziej ceremonia jest podporządkowana z góry ustalonej liturgii, tym mniej miejsca pozostaje na to, żeby jej formę wyznaczał konkretny człowiek.
Nie twierdzę przy tym, że każda ceremonia religijna gubi człowieka ani że każdy ksiądz traktuje obrzęd w taki sam sposób. Wielu duchownych potrafi być blisko ludzi i mówić o osobie z dużą uważnością. Interesuje mnie sam mechanizm. Gotowa liturgia istnieje przed konkretnym człowiekiem i będzie istniała po nim. Jego historię można do niej dopisać, ale to nie ona tworzy strukturę ceremonii. I właśnie tutaj zaczyna się mój problem. Jeżeli najważniejsza staje się poprawność obrzędu, łatwo zgubić człowieka, którego właściwie przyszliśmy pożegnać.
Nie chcę być świeckim kapłanem
Nie chcę zastępować religijnego rytuału jego świecką kopią. Gdyby ceremonia humanistyczna miała polegać na tym, że zamiast modlitwy czytamy wiersz, zamiast księdza stoi mistrz ceremonii, a w określonym momencie zapalamy świecę i wykonujemy zawsze ten sam symboliczny gest, bardzo szybko stworzylibyśmy nową liturgię, tylko bez Boga.
Dla mnie punktem wyjścia nie jest pytanie: „co powinno się robić na świeckim pogrzebie?”. Pierwsze pytanie brzmi: kim był człowiek, którego będziemy żegnać? Dopiero kiedy zaczynam go poznawać poprzez wspomnienia bliskich, mogę zastanawiać się nad tym, jaka forma ceremonii będzie uczciwa wobec jego historii.
Moja praca zaczyna się podczas rozmowy. Siadam z ludźmi i słucham. Nie otrzymuję uporządkowanego życiorysu, który wystarczy przepisać piękniejszym językiem. Dostaję wspomnienia, dygresje, anegdoty, rodzinne żarty, zdania niedokończone, rzeczy pozornie nieistotne. Czasami jest śmiech, czasami cisza, czasami bardzo silne emocje.
Muszę usłyszeć nie tylko to, co ludzie mówią, ale także jak mówią o tej osobie. Jeden drobiazg może powiedzieć o człowieku więcej niż lista osiągnięć. Opowieść o codziennym zwyczaju, charakterystycznym powiedzeniu albo czymś, co robił przez całe życie, potrafi pokazać relację znacznie lepiej niż najbardziej staranny biogram. Później z tego materiału tworzę opowieść. Nie wymyślam jej, tylko próbuję odpowiedzialnie opowiedzieć to, co zostało mi powierzone.
Depozytariusz opowieści
Coraz bardziej podoba mi się określenie, że mistrz ceremonii jest depozytariuszem opowieści. Rodzina zna człowieka, którego żegna. Ja mam doświadczenie w słuchaniu, porządkowaniu wspomnień, budowaniu narracji i prowadzeniu ceremonii. Te dwa rodzaje wiedzy spotykają się podczas przygotowań.
Nie jestem właścicielem tej historii i nie wiem lepiej od bliskich, kim był ich człowiek. Na pewien czas dostaję jednak jego opowieść pod opiekę i muszę potraktować ją odpowiedzialnie. Potrzebuję przy tym empatii, ale również dystansu. Gdybym całkowicie odciął się od emocji rodziny, mógłbym napisać poprawny tekst, może nawet elegancki, ale zabrakłoby w nim człowieka.
Właśnie tym różni się dla mnie ceremonia budowana wokół konkretnej osoby od prowadzenia gotowej liturgii. Nie mam schematu, do którego dopasowuję każdą historię. To historia człowieka ma podpowiedzieć formę ceremonii.
Wracam do grobów na Zamku w Lublinie
Kiedy myślę dziś o tej wystawie, mniej interesuje mnie to, jaki dokładnie rytuał wykonywali ludzie, których groby oglądałem. Bardziej porusza mnie coś prostszego: był człowiek, żył wśród innych, miał z nimi relacje, a kiedy go zabrakło, jego znaczenie nie zniknęło. Ci, którzy zostali, zrobili coś z jego ciałem i zapewne także z własnym doświadczeniem jego nieobecności.
Z czasem takie działania mogły stawać się zwyczajem, symbolem, rytuałem i obrzędem religijnym. Religie nadawały im własne znaczenia, a instytucje porządkowały je w liturgie. Pod tym wszystkim nadal jednak widzę ten sam punkt wyjścia: człowiek był ważny dla innych ludzi.
I właśnie tutaj znajduję sens ceremonii humanistycznej. Nie w tym, że nie ma w niej księdza czy modlitwy, lecz w tym, że w centrum pozostaje konkretny człowiek, jego historia, relacje i pamięć o nim. Chrześcijaństwo nie stworzyło potrzeby pożegnania. Nadało jej własny język, symbole i liturgię, podobnie jak inne kultury i tradycje tworzyły własne formy pożegnania. Warto przy tym pamiętać, że jest to jedna z możliwych form pożegnania, ale nie jedyna i nie jedyna obowiązująca.
Dlatego forma ceremonii powinna wynikać z człowieka, a nie człowiek zostać włożony w gotową formę. Nie muszę wiedzieć, jakie słowa wypowiadano kilka tysięcy lat temu nad grobem człowieka, którego szczątki oglądałem w Lublinie. Wystarcza mi świadomość, że już wtedy czyjeś odejście domagało się ludzkiej odpowiedzi.
Źródła i dalsza lektura
Przy pracy nad tym tekstem trafiłem do Nauki nowej Giambattisty Vica, The Dominion of the Dead Roberta Pogue’a Harrisona oraz prac Paula Pettitta poświęconych ewolucyjnej tanatologii homininów. Pomocne były również badania pochówków z Panga ya Saidi, Qafzeh, Tinshemet i Shanidar Cave. Nie dają one jednej odpowiedzi na pytanie, dlaczego ludzie zaczęli grzebać swoich zmarłych, ale pokazują, jak dawne są ślady szczególnego traktowania zmarłych, pamięci i działań, którym możemy przypisywać znaczenie symboliczne.