Przejdź do treści

Pogrzeb bez księdza?

Jeszcze do niedawna wiele osób nie wyobrażało sobie pogrzebu bez duchownego. Jeżeli już do takiego pożegnania dochodziło, często nie traktowano go jako świadomego wyboru rodziny ani jako jednej z możliwych form ceremonii. Widziano w nim raczej znak, że z osobą zmarłą albo z jej bliskimi „było coś nie tak”.

Czerwień zamiast czerni

Dla wielu osób wychowanych przed 1989 rokiem pogrzeb bez księdza nadal przywołuje obraz partyjnego działacza, wojskowej orkiestry, czerwonych sztandarów, delegacji zakładu pracy i przemówienia o zasługach dla państwa. Takie pogrzeby rzeczywiście się odbywały. Czasami wynikały z przekonań osoby zmarłej, czasami z jej stanowiska i przynależności politycznej. Innym razem interes partii brał górę nad światopoglądem zmarłego i jego rodziny

Nie oznacza to jednak, że każdy pogrzeb bez księdza w PRL był pogrzebem partyjnym. Nie oznacza również, że każdy członek partii chciał zostać pochowany bez duchownego. Człowiek mógł należeć do partii, a jednocześnie pozostawać przywiązany do tradycji religijnej. Mógł publicznie mówić językiem obowiązującej ideologii, a prywatnie zachowywać wiarę. Rodzina partyjnego działacza mogła wybrać pogrzeb katolicki, chociaż dla jego politycznych przełożonych był to wybór niewygodny.

Bywało również odwrotnie. Osoba zmarła i jej bliscy mogli być wierzący, ale ze względu na pełnioną funkcję organizowano państwowe pożegnanie bez księdza. Nie chcę jednak poświęcać zbyt wiele uwagi politycznym pogrzebom. W moim przekonaniu zabijają one humanizm, ponieważ człowiek przegrywa w nich z instytucją.

Zgodnie z tym, jak się żyło

Szczególne miejsce w tej opowieści zajmują dla mnie ateiści, agnostycy, wolnomyśliciele i ludzie laiccy, którzy ze względów światopoglądowych świadomie decydowali się na pochówek bez duchownego. Nie chcieli, aby ich ostatnia ceremonia została opowiedziana językiem wiary, której nie podzielali. Nie zawsze chodziło im o walkę z Kościołem. Czasami chodziło o zwykłą ludzką uczciwość – o zgodność pomiędzy tym, jak się żyło, a tym, jak miało wyglądać ostatnie pożegnanie.

Zdarzały się – ba, nadal się zdarzają – również sytuacje odwrotne. Ktoś nie wierzył, nie praktykował, przez lata nie uczestniczył w życiu Kościoła, a mimo to po jego śmierci rodzina zapraszała księdza. Czasami z obawy przed reakcją dalszej rodziny lub z lęku przed sąsiadami. Czasami dlatego, że nikt nie wiedział, iż człowieka można pożegnać inaczej. Trudno mi zrozumieć sytuacje, w których dzieje się to wbrew jasno wyrażonej woli osoby zmarłej.

Czy pogrzeby bez księdza są wymysłem współczesności?

Oczywiście, że nie. Wystarczy przejść się po starszych cmentarzach, na przykład po warszawskich Powązkach, aby zauważyć pomniki bez krzyży, religijnych cytatów czy skrótu „ŚP”. Sam brak symbolu religijnego nie jest oczywiście dowodem niewiary. Pokazuje jednak, że pamięć o człowieku nie zawsze była i nie zawsze musi być wyrażana językiem religii.

Jak wyglądały pogrzeby bez księdza w Polsce na przestrzeni lat? Księgi parafialne są cennym źródłem informacji o dawnych pochówkach, jednak w przypadku ceremonii odbywających się poza religijnym porządkiem materiałów jest znacznie mniej. Z pewnością takie pogrzeby nie są wynalazkiem ostatnich lat. Nie pojawiły się wraz z internetem, spadkiem zaufania do instytucji religijnych ani rozwojem zawodu mistrza ceremonii.

Bez księdza, ale nadal religijnie

Na ziemiach polskich pogrzeby bez udziału duchownego odbywały się już w XIX wieku. Co ciekawe, wiele z nich wcale nie było pogrzebami świeckimi. W środowiskach robotniczych i na biedniejszych przedmieściach powód nieobecności księdza bywał bardzo prosty: rodziny nie zawsze mogły sobie pozwolić na opłacenie jego posługi. Historyk Andrzej Chwalba wskazuje, że pochówek „bez księdza”, ale nadal z krzyżem, nie należał do rzadkości w robotniczych dzielnicach większych miast. Pochówek odbywał się więc bez duchownego, ale nadal miał charakter religijny. Niesiono krzyż, odmawiano modlitwy, przynoszono wodę święconą. Trumnę mógł pokropić członek rodziny, sąsiad albo jeden z uczestników konduktu. Księdza nie było, ale wiara pozostawała.

Dzisiaj określenia „pogrzeb bez księdza” i „pogrzeb świecki” bywają stosowane zamiennie. Historycznie nie zawsze oznaczały to samo. Pogrzeb bez księdza mówi przede wszystkim o tym, że uroczystości nie prowadzi duchowny – w polskich warunkach najczęściej duchowny Kościoła rzymskokatolickiego. Może jednak zawierać modlitwę, symbole religijne albo słowa odwołujące się do wiary. Pogrzeb świecki świadomie rezygnuje z religijnego porządku ceremonii. W jego centrum nie znajduje się obietnica życia po śmierci, lecz życie człowieka, które rzeczywiście się wydarzyło.

Świadomie świeckie pogrzeby w XIX wieku

Co najmniej od lat osiemdziesiątych XIX wieku na ziemiach polskich odbywały się pogrzeby świadomie świeckie – bez duchownego, krzyża, pokropku i religijnego komentarza do życia osoby zmarłej. Organizowali je między innymi socjaliści, wolnomyśliciele i ludzie otwarcie deklarujący brak wiary. Czasami życzenie świeckiego pochówku zapisywano w testamencie. Czasami człowiek wielokrotnie powtarzał je rodzinie.

Jednym z wcześnie opisanych przykładów była świecka uroczystość pogrzebowa Maurycego, syna Aleksandra Świętochowskiego, która odbyła się w 1881 roku. Warto jednak zachować tu ostrożność: sam Świętochowski odrzucał zarzut, że chciał z pogrzebu dziecka uczynić świadomą manifestację. Jego decyzja była zgodna z wolnomyślicielską postawą, ale dla niego samego pozostawała przede wszystkim osobistym pożegnaniem syna.

Wyraźnym przykładem decyzji podjętej przez samą osobę zmarłą był pogrzeb matki działaczy socjalistycznych Bonczków w Stonawie na Śląsku Cieszyńskim, który odbył się przed pierwszą wojną światową. Kobieta przed śmiercią zaznaczyła, że chce zostać pochowana bez księdza i krzyża. Podobne świeckie pogrzeby kobiet należały wówczas do rzadkości, dlatego wydarzenie odbiło się echem także poza lokalną społecznością. Dzisiaj taka decyzja może wydawać się czymś zwyczajnym. W tamtym czasie wymagała odwagi. Rodzina musiała liczyć się z niechęcią otoczenia, konfliktem z lokalną społecznością, a czasami także z problemem znalezienia miejsca pochówku. Brakowało cmentarzy komunalnych, więc nawet osoba niewierząca pozostawała po śmierci zależna od instytucji wyznaniowej.

Prawo do własnego pożegnania

Wybór pogrzebu bez księdza stawał się zatem pytaniem znacznie szerszym. Czy człowiek ma prawo decydować o własnym pożegnaniu? Czy jego światopogląd obowiązuje również wtedy, gdy nie może już sam go bronić? Czy rodzina ma prawo po śmierci poprawiać czyjąś biografię, dopisując do niej wiarę, której nigdy w niej nie było? Nie ma chyba większego absurdu niż próba nawracania człowieka wtedy, kiedy nie może już odpowiedzieć.

Zanim pojawili się zawodowi mistrzowie ceremonii, pogrzeby bez księdza prowadzili najczęściej członkowie rodziny, przyjaciele, współpracownicy albo przedstawiciele organizacji, do której należała osoba zmarła. Nie istniał jeden ustalony ceremoniał. Nie było charakterystycznego stroju prowadzącego ani wyraźnie oddzielonego zawodu. Ceremonię współtworzyło kilka osób: ktoś dbał o kondukt, ktoś wygłaszał mowę, ktoś zajmował się muzyką lub w imieniu rodziny wypowiadał ostatnie słowa. Nad grobem przemawiała zwykle osoba, która znała zmarłego albo reprezentowała jego środowisko. Czasami była to opowieść osobista, czasami polityczna. Niekiedy oba te porządki mieszały się ze sobą. Nie istniała jeszcze powszechnie rozpoznawalna nazwa zawodu, ale istniała potrzeba, którą ten zawód miał później wypełnić. Ktoś musiał stanąć przed ludźmi, nadać ceremonii porządek i wiedzieć, kiedy mówić, a kiedy zamilknąć.

Pojawienie się mistrzów ceremonii

Na początku lat sześćdziesiątych XX wieku państwo zaczęło bardziej systematycznie budować świecką obrzędowość. Z czasem w jej ramach wyodrębniała się również rola mistrza ceremonii. Nie sposób odpowiedzialnie wskazać jednej osoby, która była pierwszym mistrzem świeckich ceremonii pogrzebowych w Polsce. Można jednak wskazać konkretne przykłady pokazujące, że zawód lub urząd istniał już w czasach PRL.

W 1979 roku w Bielsku-Białej Bolesław Lewandowski został oficjalnie powołany na urząd mistrza ceremonii. Otrzymał togę, łańcuch i biret związane z pełnioną funkcją. Nie oznacza to, że był pierwszym mistrzem ceremonii w Polsce, lecz jest jednym z najwcześniej opisanych przykładów formalnego powołania konkretnej osoby do tej roli.

W 1983 roku w Łodzi przygotowano szczegółowy scenariusz świeckiego ceremoniału pogrzebowego. Określał on kolejność wejścia, muzykę, światło, ustawienie uczestników, przemówienia, formowanie konduktu, opuszczenie trumny i zakończenie uroczystości. Całość miał prowadzić mistrz ceremonii, którym w Łodzi miał być jeden z aktorów teatralnych.

Była to próba stworzenia pełnego świeckiego rytuału, często jednak urzędowego, sztywnego i podporządkowanego państwowej ideologii. Mówiono o zmarłym jako o pracowniku, obywatelu, działaczu albo członku organizacji. Wyliczano stanowiska, odznaczenia i zasługi. W tym wszystkim człowiek znikał za funkcją, którą pełnił. Rzadziej opowiadano o ojcu, przyjacielu, sąsiedzie czy człowieku, który zawsze się spóźniał, nie znosił zimnej kawy, całe życie naprawiał coś w garażu albo zostawiał innym ostatni kawałek ciasta.

Od urzędowego ceremoniału do osobistej opowieści

Po upadku PRL świeckie ceremonie zaczęły się zmieniać. Rozwój prywatnych zakładów pogrzebowych i pojawienie się niezależnych mistrzów ceremonii dały więcej przestrzeni na pożegnania osobiste. Prowadzący nie był już przede wszystkim urzędnikiem odczytującym oficjalny życiorys. Coraz częściej rozmawiał z rodziną, zbierał wspomnienia i przygotowywał mowę o konkretnym człowieku.

Nie oznacza to, że urzędowy język natychmiast zniknął. Do dziś można usłyszeć mowy, które brzmią tak, jakby napisano je dla każdego i dla nikogo: „Był dobrym człowiekiem”, „Na zawsze pozostanie w naszej pamięci”, „Odszedł, pozostawiając pustkę”. Te zdania nie muszą być nieprawdziwe. Problem polega na tym, że można je powiedzieć niemal nad każdą trumną. A przecież nie żegnamy każdego człowieka. Żegnamy tę konkretną osobę.

Współczesny mistrz ceremonii pogrzebowej nie powinien jedynie odczytać życiorysu i kilku gotowych refleksji o przemijaniu. Jego zadaniem jest najpierw słuchać. Dowiedzieć się, jak osoba zmarła żyła, jak mówiła, co ją śmieszyło, co ją denerwowało, jak okazywała bliskość. Poznać jej przyzwyczajenia, słabości, sprzeczności i dziwactwa. Nie chodzi o stworzenie pomnika złożonego z samych zalet. Wszak śmierć nie poprawia charakteru. Człowiek nie staje się po śmierci inną osobą. Dobra ceremonia nie powinna usuwać tego, co było w nim prawdziwe. Powinna zachować takt, ale nie może zabierać człowieka po to, aby w jego miejsce postawić nieskazitelną figurę.

Pogrzeb humanistyczny – z człowiekiem w centrum

Określenie „pogrzeb bez księdza” mówi przede wszystkim o tym, kogo podczas ceremonii nie będzie. Niewiele mówi natomiast o tym, co pojawi się w zamian. Dlatego bliższe jest mi określenie „pogrzeb humanistyczny”, a jeszcze bliższe jest mi stwierdzenie „pożegnanie humanistyczne”. Nie buduje ono ceremonii na braku. Nie mówi wyłącznie: bez księdza, bez modlitwy, bez religii. Mówi: z człowiekiem w centrum – z jego historią, relacjami, przekonaniami i śladem pozostawionym w życiu innych.

Pożegnanie humanistyczne może być wyborem ateisty, agnostyka albo osoby laickiej. Może go również wybrać ktoś, kto nie chce jednoznacznie określać swojego stosunku do Boga, ale wie, że nie należy do żadnej wspólnoty religijnej i nie chce obrzędu wyznaniowego. Agnostyk nie musi przed śmiercią rozstrzygnąć tajemnicy istnienia Boga, żeby mieć prawo do ceremonii zgodnej ze swoim życiem. Ateista nie musi tłumaczyć się z niewiary. Osoba laicka nie musi udowadniać, że jest wystarczająco niereligijna. Pogrzeb nie jest egzaminem światopoglądowym.

Świecka ceremonia nie musi również zamieniać się w ateistyczne kazanie. Nie musi atakować religii ani przekonywać zgromadzonych, że po śmierci niczego nie ma. Mistrz ceremonii nie powinien zastępować księdza po to, aby wygłosić kazanie o niewierze. Jego zadaniem nie jest udzielanie ostatecznych odpowiedzi. Jego zadaniem jest opowiedzenie o człowieku.

W pogrzebie humanistycznym mogą uczestniczyć osoby wierzące, niewierzące i takie, które nie wiedzą, w co wierzą. Każda z nich może przeżywać stratę po swojemu. Dlatego podczas prowadzonych przeze mnie ceremonii zostawiam przestrzeń na osobiste pożegnanie, również na prywatną modlitwę. Nie zmuszam jednak pozostałych uczestników do powtarzania słów, których znaczenia nie podzielają.

Świeckość nie oznacza pustki.

Cisza jest głośniejsza niż pieśń

Cisza nie staje się mniej głęboka tylko dlatego, że nie towarzyszy jej modlitwa. Muzyka nie musi prowadzić do obietnicy życia wiecznego, żeby poruszać. Może być ważna dlatego, że zgromadzonym kojarzy się z życiem osoby, którą żegnają. Mowa nie musi opowiadać o zbawieniu, żeby mówiła o sprawach najważniejszych. Nie każdy potrzebuje tej samej odpowiedzi na śmierć i nie każdy wierzy, że jakakolwiek ostateczna odpowiedź istnieje.

Osoba wpisująca w wyszukiwarkę „pogrzeb bez księdza Warszawa”, „pogrzeb świecki Lublin” albo „mistrz ceremonii pogrzebowej Kielce” najczęściej nie szuka ideologicznego manifestu. Szuka pomocy. Chce wiedzieć, czy taka ceremonia jest możliwa, jak wygląda i kto ją prowadzi. Pyta, czy rodzina może wybrać muzykę, przemówienia i własne symbole oraz czy pożegnanie bez księdza będzie godne i nie zamieni się w chłodne, urzędowe wystąpienie.

Z mojego doświadczenia wynika, że w Warszawie świeckie ceremonie są już bardziej rozpoznawalne. W mniejszych miejscowościach województwa lubelskiego i świętokrzyskiego częściej spotykam się z obawami rodzin dotyczącymi reakcji otoczenia. Pojawiają się pytania, co powiedzą sąsiedzi, jak zareaguje dalsza rodzina i czy „wypada” zrezygnować z księdza. Tyle że każdy zwyczaj kiedyś pojawił się po raz pierwszy, a zdanie „tak się zawsze robiło” bardzo często oznacza jedynie, że nikt wcześniej nie odważył się zrobić inaczej.

Nie przeciwko komuś, lecz o kimś

Rodzina szukająca świeckiego mistrza ceremonii nie musi być wojująco antyreligijna. Może po prostu chcieć uszanować wolę osoby zmarłej. Może nie chcieć słów o sądzie, zbawieniu i życiu wiecznym, jeśli takie pojęcia były jej obce. Może chcieć muzyki, która rzeczywiście coś dla niej znaczyła, oraz opowieści o życiu zamiast kazania o śmierci.

Pogrzeb świecki nie musi być wystąpieniem przeciwko Kościołowi. Tak samo jak pogrzeb religijny nie musi być wystąpieniem przeciwko osobom niewierzącym. Nie chodzi o to, aby usuwać religię z pożegnania człowieka, który był wierzący. Chodzi o to, aby nie wkładać jej tam, gdzie nie było jej w życiu.

Pogrzeby bez księdza odbywały się w Polsce od dawna. Z biedy, z powodu konfliktów społecznych i politycznych, ale również z osobistego wyboru ludzi, którzy chcieli być pochowani zgodnie z własnym światopoglądem. Zmieniały się powody, język i oprawa. Zmieniali się prowadzący. Sama potrzeba świeckiego pożegnania nie jest jednak nowa.

Nowe jest raczej to, że coraz więcej osób wie, iż taki wybór w ogóle istnieje. Że brak księdza nie oznacza braku ceremonii i godności. Że można pożegnać człowieka spokojnie, godnie i prawdziwie, nie wypowiadając nad jego trumną słów, które byłyby mu obce.

Pogrzeb humanistyczny nie jest ceremonią przeciwko komuś. Jest ceremonią o kimś.


Źródła:

  • Andrzej Chwalba, „Socjaliści polscy wobec obrzędowości laickiej”, „Przegląd Historyczny”, 1988, tom 79, zeszyt 4, s. 711–727.
  • Andrzej Chwalba, „Sacrum i rewolucja. Socjaliści polscy wobec praktyk i symboli religijnych 1870–1918”, Kraków 1992.
  • Krzysztof Lesiakowski, „Ostatnia droga towarzysza”, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej”, nr 5/2001.
  • Bogusław Wójcik, „Od powagi do groteski. Krótka historia obrzędowości świeckiej w PRL”, Przystanek Historia, Instytut Pamięci Narodowej.
  • Ewa Majewska, „W pogrzebie bez księdza «najważniejszy jest człowiek»”, Interia, 1 listopada 2018 roku — materiał o Bolesławie Lewandowskim.